Wzgórza Krzyżowe
Niedziela, 24 kwietnia 2011
| Km: | 112.71 | Km teren: | 40.00 | Czas: | 06:15 | km/h: | 18.03 |
| Pr. maks.: | 45.16 | Temperatura: | 22.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Gary Fisher (Czarna Owca) | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
A było to tak… Po dość krótkim świątecznym śniadaniu wyciągnąłem Garusia na świeże powietrze, bo się zasiedział w domu przez ostatnie dwa dni. Celem było osiągnięcie niewielkiego pasma wzgórz ciągnącego się na południe od Raduni (Masywu Ślęży). Ruszyliśmy! Na początku łatwo nie było, brzuch pełny od wielkanocnego co nieco chciał chyba zostać w domu. No ale nie daliśmy się! Spokojnym tempem dotarliśmy do Sobótki, na drodze mało aut więc cud miód! Stamtąd po krótkiej przerwie ruszyliśmy w kierunku Ślęży. Ponieważ nie była ona celem dzisiejszego wypadu, wybraliśmy czarny szlak (który objeżdża ją dookoła). Dość szybko dotarliśmy do Przełęczy Tąpadła (ludzi było, że aż strach!) dalej wybraliśmy szlak zielony.

Jechaliśmy zboczem Raduni, później po wzgórzach Oleszeńskich, Przełęcz Słupicka no i dość fajny dłuższy zjazd aż do samych Słupic… albo i nawet trochę dalej. Kilkaset metrów dalej krzakami, trawą na drodze przywitały nas Wzgórza Krzyżowe. Zapowiadało się beznadziejnie. Polskie szlaki turystyczne, krzaki krzaki i jeszcze raz krzaki, że przejść się nie da co dopiero przejechać – pomyślałem. Na szczęście później znacznie się poprawiło, w sumie nie ma się do czego przyczepić. Drzewka z prawej, drzewka z lewej, delikatne pagórki, bagna pod Janiszynem, fajne podjazdy, jeszcze lepsze zjazdy… Kurzu chyba z kilogram wylądowało na Garusiu, błota drugie tyle…

W końcu wylądowaliśmy w pobliżu Zamkowej Góry (407). Szlak odbił na szczyt, nie dało się wjechać niestety. Trzeba było zrobić objazd dookoła i obejść się smakiem. Może gdybym miał mapę tych terenów to dałoby się znaleźć jakąś drogę na szczyt, niestety takowej nie miałem.

Dobujałem się z górki do Gilowa, zrobiłem krótką reanimację sprzętu, w apteczce zawsze mam czerwonego Finisz Line’a i Brunoxa na wszelki wypadek :) Stamtąd szybko do Niemczy, błyskawiczne zwiedzanie, batonik i na Wrocław! Oczywiście wiało w pysk, jak mogło być inaczej? Przez chwilę nawet kropił deszcz (sic!). Ale jakoś wróciliśmy z Garusiem do domu :P Więcej takich świąt!

Jechaliśmy zboczem Raduni, później po wzgórzach Oleszeńskich, Przełęcz Słupicka no i dość fajny dłuższy zjazd aż do samych Słupic… albo i nawet trochę dalej. Kilkaset metrów dalej krzakami, trawą na drodze przywitały nas Wzgórza Krzyżowe. Zapowiadało się beznadziejnie. Polskie szlaki turystyczne, krzaki krzaki i jeszcze raz krzaki, że przejść się nie da co dopiero przejechać – pomyślałem. Na szczęście później znacznie się poprawiło, w sumie nie ma się do czego przyczepić. Drzewka z prawej, drzewka z lewej, delikatne pagórki, bagna pod Janiszynem, fajne podjazdy, jeszcze lepsze zjazdy… Kurzu chyba z kilogram wylądowało na Garusiu, błota drugie tyle…

W końcu wylądowaliśmy w pobliżu Zamkowej Góry (407). Szlak odbił na szczyt, nie dało się wjechać niestety. Trzeba było zrobić objazd dookoła i obejść się smakiem. Może gdybym miał mapę tych terenów to dałoby się znaleźć jakąś drogę na szczyt, niestety takowej nie miałem.

Dobujałem się z górki do Gilowa, zrobiłem krótką reanimację sprzętu, w apteczce zawsze mam czerwonego Finisz Line’a i Brunoxa na wszelki wypadek :) Stamtąd szybko do Niemczy, błyskawiczne zwiedzanie, batonik i na Wrocław! Oczywiście wiało w pysk, jak mogło być inaczej? Przez chwilę nawet kropił deszcz (sic!). Ale jakoś wróciliśmy z Garusiem do domu :P Więcej takich świąt!





