Ślęża (718), Radunia (573), Wzgórza Oleszeńskie
Piątek, 20 kwietnia 2012
| Km: | 101.32 | Km teren: | 50.00 | Czas: | 05:45 | km/h: | 17.62 |
| Pr. maks.: | 42.30 | Temperatura: | 19.0°C | HRmax: | HRavg | ||
| Kalorie: | kcal | Podjazdy: | m | Sprzęt: Gary Fisher (Czarna Owca) | Aktywność: Jazda na rowerze | ||
Od dawna siedział mi w głowie pomysł żeby w końcu na Ślęże pojechać. Pierwsza prawdziwa, terenowa jazda w tym roku. Drogę tam jak i z powrotem zaplanowałem po wybojach, jak najwięcej piasków, gliny i kamieni. Asfaltu nie dało się niestety uniknąć ale to nic :)

Do Sobótki dotarłem dość szybko, szybko też wjechałem na przeł. pod Wieżycą. Tam chwila odpoczynku, relaksu i obserwacji nieba. Bo zachmurzyło się całkowicie. No ale ruszyłem dalej. Początkowo czarnym bo chciałem wjechać na Wieżycę wąską, stromą dróżką prowadzącą dookoła zbocza tej góry. Ale pomyliłem "ścieżki" i wspinałem się w innym miejscu. Było stromo więc sobie odpuściłem. Przy okazji odechciało mi się też Wieżycy więc pojechałem dalej czarnym szlakiem.

Nim dojechałem do rozdroża gdzie czarny skręcał w kierunku przeł. Tapadła, natomiast prosto prowadziła droga do polany pod dębami. Tam skręciłem w żółty w kierunku szczytu.

Tam już konkretnie pod górkę, równym tempem, waliłem ile fabryka dała. Żeby jakoś podjechać. Wyszło znowu słońce więc jechało się całkiem nieźle. Dobrze, że trochę wypłukało te luźne kamienie, które co roku tam dosypują, przynajmniej koło nie boksowało. Inaczej trzeba by było prowadzić. Szybko docieram na szczyt, robię zdjęcie i jadę z powrotem. Zdjęcie oczywiście nie wyszło (tzn wyszło koszmarnie) a droga powrotna była ostrożna i z przerwami przez dzwoniące co chwilę telefony. Czekałem na jeden ważny więc wszystkie musiałem odbierać :)

Dobujałem się jakoś do przełęczy i znowu podjazdy bo postanowiłem wjechać sobie jeszcze na Radunie.

Na jej szczycie też nie spędziłem dłuższej chwili bo zdałem sobie sprawę, że robi się już późno. A na wieczór zapowiadali opady. Więc szybko przejechałem sobie jeszcze Wzgórza Oleszeńskie, prawie całe. Tylko ostatnie podjazdy za Przemiłowem sobie darowałem i skręciłem w drogę gruntową w dół. I wyjechałem prawie w Księgnicach. tam, czekało na mnie trochę asfaltu ale tylko kilka km, później zjechałem w szutry i błota... Znów asfalt i tak do samego miasta. Rower porządnie uwaliłem dopiero pod Gniechowicami. We Wrocławiu byłem 15 minut przed burzą, na styk. Co mnie bardzo cieszy :)

w drodze do sobótki© pniesiugrzesiu
Do Sobótki dotarłem dość szybko, szybko też wjechałem na przeł. pod Wieżycą. Tam chwila odpoczynku, relaksu i obserwacji nieba. Bo zachmurzyło się całkowicie. No ale ruszyłem dalej. Początkowo czarnym bo chciałem wjechać na Wieżycę wąską, stromą dróżką prowadzącą dookoła zbocza tej góry. Ale pomyliłem "ścieżki" i wspinałem się w innym miejscu. Było stromo więc sobie odpuściłem. Przy okazji odechciało mi się też Wieżycy więc pojechałem dalej czarnym szlakiem.

szlak czarny© pniesiugrzesiu
Nim dojechałem do rozdroża gdzie czarny skręcał w kierunku przeł. Tapadła, natomiast prosto prowadziła droga do polany pod dębami. Tam skręciłem w żółty w kierunku szczytu.

pod dębami© pniesiugrzesiu
Tam już konkretnie pod górkę, równym tempem, waliłem ile fabryka dała. Żeby jakoś podjechać. Wyszło znowu słońce więc jechało się całkiem nieźle. Dobrze, że trochę wypłukało te luźne kamienie, które co roku tam dosypują, przynajmniej koło nie boksowało. Inaczej trzeba by było prowadzić. Szybko docieram na szczyt, robię zdjęcie i jadę z powrotem. Zdjęcie oczywiście nie wyszło (tzn wyszło koszmarnie) a droga powrotna była ostrożna i z przerwami przez dzwoniące co chwilę telefony. Czekałem na jeden ważny więc wszystkie musiałem odbierać :)

ostrożny zjazd© pniesiugrzesiu
Dobujałem się jakoś do przełęczy i znowu podjazdy bo postanowiłem wjechać sobie jeszcze na Radunie.

radunia© pniesiugrzesiu
Na jej szczycie też nie spędziłem dłuższej chwili bo zdałem sobie sprawę, że robi się już późno. A na wieczór zapowiadali opady. Więc szybko przejechałem sobie jeszcze Wzgórza Oleszeńskie, prawie całe. Tylko ostatnie podjazdy za Przemiłowem sobie darowałem i skręciłem w drogę gruntową w dół. I wyjechałem prawie w Księgnicach. tam, czekało na mnie trochę asfaltu ale tylko kilka km, później zjechałem w szutry i błota... Znów asfalt i tak do samego miasta. Rower porządnie uwaliłem dopiero pod Gniechowicami. We Wrocławiu byłem 15 minut przed burzą, na styk. Co mnie bardzo cieszy :)





